Ten art napisałem w połowie sierpnia ’01 i był już gotowy „w wersji beta”. Miałem go jeszcze doszlifować i lekko dopracować, kiedy to nadszedł dzień 11 września. Szybko zorientowałem się, iż treści przekazane w tej pracy nie mogą ujrzeć światła dziennego, kiedy cały świat (łącznie ze mną) opłakuje kilka tysięcy zmarłych w World Trade Center i kilku innych zabudowaniach – a wśród nich większość Amerykanów. Plik „Sen o Ameryce.TXT” utknął gdzieś w zakamarkach mojego komputera. Aż do dzisiaj.

Myślę, że rany dostatecznie się zabliźniły, ażeby moje wypociny na temat narodu amerykańskiego mogły zostać zaprezentowane szerszej publiczności. I żeby mi nikt potem nie myślał, że to ja zorganizowałem cały ten atak! Może i nie darzę wielką sympatią tych… ale, przejdźmy do samego arta.

W te wakacje miałem przyjemność (hmm… chyba powinienem napisać przyjemność w cudzysłowiu…) pobytu przez blisko trzy tygodnie w Stanach Zjednoczonych. Tam też przez jakiś tydzień mieszkałem w typowej, amerykańskiej rodzinie. Moje wrażenia i spostrzeżenia zamieszczam poniżej. Postaram się także wyjaśnić, dlaczego określenie ‚typowy’, w USA wcale nie oznacza ‚normalny’.

Wchodzę ze swoimi tobołami do domu. Dom jak dom: trzy samochody, dziewięć telefonów podłączonych do trzech oddzielnych linii oraz basen w ogródku i komputer w większości pomieszczeń… (potraktujcie ostatnie zdanie jako zapis na marginesie: mieszkałem w stanie Connecticut (CT), który ma podobno najwyższy dochód na mieszkańca w całych Stanach, a więc nie dziwcie się, że większość ludzi była nieźle dziana). Hi, Hi, How are you? i tym podobne bzdety, po czym słyszę: „Don’t take off your shoes!” Nawet mnie to nie zdziwiło, w końcu jestem gościem i mam na sobie dwa plecaki etc. NIE – oni nigdy nie zdejmują butów (no, chyba że idą spać). Perski, nie perski dywan, butów ściągać im się nie chce. Jedziemy dalej.

Jedzenie. O tu, jest naprawdę ostra jazda. Nie uświadczycie tutaj pichcenia ani nic takiego. Jak Amerykanin jest głodny, to jedzie do fast-foodu. Ludzie tam jedzą fatalnie – wszystko tłuste i kapiące, aż się rzygać chce. A nawet jeśli udało mi się dostać coś przyrządzonego w ich własnym domu, to i tak jadłem to z jednorazowego talerzyka – przecież takiego nie trzeba myć… Poza tym narodowym sportem jest barbecue. Zbiera się cała rodzinka i wpiernicza hamburgery domowej roboty. No, prawie domowej, bo skoro bułki, do których wkłada się mięso są fabrycznie rozcięte wzdłuż, ażeby jak najmniej się przy nich namęczyć… Nie sposób jeszcze nie wspomnieć o pewnej jajecznicy: po tygodniu jedzenia tejże potrawy dowiedziałem się, że pochodzi ona nie bezpośrednio z jajek, ale z KARTONU! Wlewają zawartość na patelnię i gotowe! Jakie to pomysłowe ;-).

Chciałbym powiedzieć, że taki tryb życia nie wpływa ujemnie na ich wygląd. Chciałbym, ale nie mogę. Gdzie nie wyjdziesz, tam sadło i tłuszcz. Średnia wagi: uff, lepiej nie mówić. Aż obrzydzenie bierze, jak wyjdziesz na ulicę. Nie darmo sami Amerykanie mówią o problemie otyłości jako o epidemii… Oprócz niezwykle tam popularnego joggingu ludzie nie mają żadnej formy aktywnego wypoczynku. Chociaż… jeśli dziennie spędzają po kilka godzin w super- hiper- czy innym -markecie, to to też jest chyba jakaś forma rekreacji ;-). Chyba niedługo przestaną się mieścić w swoich „brand niu kars”, którymi jeżdżą wszędzie. Podobno jeden gościu manewrował samochodem przez dobrych kilka minut po swoim parkingu, żeby zebrać leżące tam w nieładzie gazety. Na pytanie, dlaczego nie wyjdzie i nie zbierze ich normalnie, co zajęłoby mu z dziesięć sekund, odpowiedział, że mu się nie chce.

Podczas mojej wycieczki po Stanach byłem także w stanie Wirginia – piekielne słoneczko przypiekało niesamowicie praktycznie przez cały dzień. Temperatura czterdzieści stopni i do tego niesamowita wilgotność – słowem upał. Ale dla Amerykanina to nic. Wyobraźcie sobie, że przez cały pobyt w Stanach nie byłem w ANI JEDNYM budynku – czy to publicznym, czy to w domu – gdzie by nie było klimatyzacji. Istny raj na ziemi, przecież gdyby autochton się spocił, to straciłby trochę na wadze, a to właśnie jego waga wyróżnia go na tle innych narodowości (vide: poprzedni akapit).

Przejdę w końcu do meritum. Wyobraźcie sobie taką sytuację: siedzicie przy stole, jedząc razem z grupką Amerykanów. Nagle – ni stąd ni zowąd – który? z „tubylców” puszcza NIEZWYKLE GŁOŚNEGO BĄKA – trwającego zresztą chyba kilka minut. Reszta ludzi nawet nie zwraca uwagi! Nie, nie opowiadam Wam fragmentu jakiejś amerykańskiej parodii – to jest samo życie. W USA tego typu zachowanie jest na porządku dziennym. Po kilku tygodniach już się nawet nie dziwiłem, kiedy słyszałem czyjeś pierdzenie czy bekanie. To dla nich normalka. Niektóre dzieciaki mają tam zabawę: kto wypowie więcej liter alfabetu w trakcie beknięcia. Rekordziści podobno są w stanie wypowiedzieć cały alfabet od A do Z… Poza tym nie licz na to, że ktoś przepuści tam starszą osobę w drzwiach. Kraj ten składa się z takich egoistów, że „głowa mała”. Także gdy potrąci Cię, niechcący kopnie, nadepnie etc., prawdopodobnie nie spojrzy w Twoją stronę, a co dopiero, żeby przeprosił. Pójdzie dalej, uznając, że nic się nie stało. I kto uchodzi w świecie za chama? POLAK – a nie ten @%$^@$#%^ Amerykaniec!!!

Pewnie wiele osób z Was marzy o pobycie w Stanach. Znacie ten kraj z filmów i opowieści jako krainę miodem i mlekiem płynącą. Faktycznie, może i jest to państwo bogate, ale ludzie w nim mieszkający zapewne nie zasługują na miano interesujących i ciekawych. Jakże lepiej w ich kontraście wypadają chociażby Szkoci (uważani za skąpców i w ogóle niezbyt ciekawych ludzi) – miałem przyjemność poznania bardzo wielu i każdy był o niebo fajniejszy od typowego Amerykanina. Jeśli przed przeczytaniem tego arta Waszym marzeniem było zobaczenie USA – apeluję do Was, ażebyście się opanowali. Lepiej wyjechać do ładnego kraju z fajnymi ludźmi, niż do super kraju ze strasznym narodem. Niech będzie to moje przesłanie.

P.S.: Nie całe Stany są takie złe. Przykładowo zakaz spożywania alkoholu aż do ukończenia 21 roku życia (zapobieganie alkoholizmowi) oraz noszenia noży o ostrzu dłuższym niż dłoń wszerz w miejscach publicznych (zapobieganie przemocy). …A jednak całe są złe: młodzież zamiast alkoholu szprycuje się tonami narkotyków, a nie mogąc zaatakować kolegów w szkole nożem, strzelają do nich z pistoletów wałęsających się po ich domach!!!

P.S. 2: Nie chciałem w tym tekście obrazić kogokolwiek. Zaznaczam, iż byłem tylko w niewielkiej części Stanów i że nie całe muszą tak wyglądać. Ale Nowy Jork + Waszyngton, które odwiedziłem podczas mojego pobytu, to dosyć reprezentatywny teren. Jeśli się ze mną nie zgadzacie lub znacie Stany z innej strony, piszcie i polemizujcie.

P.S. 3: Osama bin Laden suxx!!!

Przygotował
Nurek – nurex@wp.pl
Tekst pochodzi z magazynu internetowego NoName.

Sen o Ameryce
Oceń ten artykuł


Zwykły, szary człowieczek